Skip to content


Prawa autorskie i interesy artystów, czyli dlaczego nie mogę już patrzeć na Hołdysa.

Zespół Perfect już w 1980 roku śpiewał „Kogo skarcić za Hołdysa?”. Prorocze to przesłanie – o dziwo – napisał sam Zbigniew Hołdys, dla jednych ikona polskiej muzyki, wielki bard i buntownik, dla innych… nie. Obiecywałem sobie, że nie napiszę przed 26 stycznia nic o ACTA, ale po prostu się nie da (przepraszam, Beata).

(na hasło „Hołdys” nie mogłem znaleźć żadnych grafik oznaczonych jako „do ponownego wykorzystania”, więc oto zdjęcie królika z naleśnikiem na głowie)

 

Właściwie to chyba niewiele już mi zostało do napisania – zbierając materiały znalazłem w sieci ciekawą wypowiedź Alexandra Degrejta (sprytny nick :D), w której – pozwolę sobie zacytować – odnosi się do wypowiedzi ZH w sprawie ACTA w następujący sposób:

Z jego słów można wywnioskować, że każden jeden krytykujący to wiekopomne porozumienie to złodziej (albo potencjalny złodziej) czyhający na jego, hołdysową, twórczość i chcący mu od ust oderwać ostatni kawałek suchego chleba.

[źródło: Alexander Degrejt / salon24]

Czy Zbigniew Hołdys jest zaślepiony? Posłużę się innym cytatem:

Koniec. Niczego nie będzie.

 

Leo, why?!

A co mnie pchnęło do napisania tego krótkiego (spokojnie, dopiero się rozkręcam) i mało odkrywczego tekstu? Przebywałem dziś w godzinach rannych w miejscu, gdzie stał telewizor i akurat pomykało sobie „Pytanie na Śniadanie”. Z nudów patrzyłem, aż nadejszła ta wiekopomna chwila, w której o ACTA zaczęli rozmawiać dwaj „znawcy Internetu”, m.in. Zbigniew Hołdys.

Co do znawstwa kwestii Internetowych, wydaje mi się, że ZH można nazwać co najwyżej znawcą Twittera, którą to technologię, jak widać po jego wpisach, opanował w stopniu dosyć wysokim. Obawiam się jednak, że umiejętność skrobnięcia z wanny 160 znaków (i czasem dłuższego tekstu – przyznaję) nie kwalifikuje do miana „znawcy”. Dobrze, przemilczmy to.
Zastanawia mnie inna rzecz: Dlaczego media zapraszają akurat Zbigniewa Hołdysa na rozmowy o czymś, co powinno mieć raczej wpływ na twórczość – bądź co bądź – aktywnych artystycznie twórców?

Nie byłbym zdziwiony, gdyby w temacie ACTA szalone teorie i daleko idące porównania w TVP wygłaszał Kazik, który od dawna znany jest jako Miecz na Piratów. Ale nie dlatego, że znam jego podejście do praw autorskich, ale dlatego, że Kazik jest artystą wysoce aktywnym, który ciągle tworzy. Twórczość Zbigniewa Hołdysa zakończyła się praktycznie rzecz biorąc w okolicach 1983 roku [źródło]. Od tego czasu były krótkie zrywy („Holdys.com”), udzielanie się tu i tam, doradzaniem Nergalom w sprawach muzycznych itp.

Z całym brakiem szacunku dla jego świętego zacietrzewienia, Hołdysa nie zapomnimy. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on ikoną raczej dla ludzi, których epoka przeminęła jakiś czas temu, lub właśnie przemija. I nie dziwne jest, że te dzieci-kwiaty i buntownicy z wyboru będą ślepo słuchali jego apeli o ochronę biednych artystów i pójdą jak barany za swoim przywódcą, tak jak kiedyś krzyczeli, że „chcemy bić ZOMO”.

Odszedłem trochę od tematu (czy może, wzorem Bałtroczyka, „odeszłem”, bo niedaleko) i nie odpowiedziałem na pogrubione wyżej pytanie.

A odpowiedź według mnie jest jasna: kto zapewni większą oglądalność i wypierze mózgi widzom lepiej, skoro chyba żaden inny „artysta” nie lobbuje za ACTA tak bardzo, jak Zbigniew H. (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo)?

„Jestem przeciw, nawet za cenę zgody na kradzież mojej własności w tym miejscu. Skoro taka ma być cena za wolność – jestem gotów za nią zapłacić.”

Krzysztof „Grabaż” Grabowski
[źródło: gramy.to]

 

Piractwo a sprawa polska

Zacznijmy od tego, że nie jestem za bezmyślnym piraceniem wszystkiego, co popadnie. Nie jestem też przekonany, jakoby wysoka cena płyt miała być dobrym argumentem za ściąganiem za darmo z sieci.

Przeciwny jestem jednak nazywaniu piractwa kradzieżą i wyliczaniu, ile artysta stracił, a ile mógł zyskać. Jestem zdania, że dobra marka obroni się sama.

Może nie wszyscy mają takie podejście, ale osobiście chciałbym mieć prawo do przetestowania produktu, zanim wyłożę na niego mniejszą, czy większą sumę. Popatrzmy na „Wiedźmina 2″ – posiadam „jedynkę”, więc nawet nie muszę ściągać pirata na wszelki wypadek, nie potrzebuję setek recenzji, wystarczy mi kilka zdań potwierdzających, że CD Projekt trzyma poziom – kupię. Jak będę miał pieniądze. Do tego czasu po prostu nie gram i tyle.

Niestety, posiadam też takie oryginalne wydania, które kupiłem „na czuja”, uruchomiłem na pół godziny i rzuciłem w kąt, albo dałem synowi do zabawy w kąpieli (kolorowe pudełka z DVD to najlepsza zabawka obecnie).
Spotkałem się z opinią, że „niektórych filmów nie opłaca się nawet ściągać z Sieci” i w pełni się z nią zgadzam. Niejednokrotnie zdarza mi się u znajomego na imprezie oglądać film zapożyczony z Wypożyczalni Filmów Pana Torrenta (autor nazwy: Martin Lechowicz), po którym (lub w trakcie) myślę, że gdybym poszedł w ciemno na to coś do kina, w środku seansu żądałbym zwrotu pieniędzy.

I tego zwrotu bym nie otrzymał.

A może trzeba tu zastosować zapisy z Ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży? Jeśli otrzymałem produkt (seans filmowy) niezgodny z umową („Najlepsza komedia tego lata!”), należy mi się wymiana, lub zwrot pieniędzy?

Ależ nie, prowadziłoby to do nadużyć! Już widzę wkurzonego Hołdysa z ogniem w oczach, ciskającego gromy na ustawodawców, którzy ośmielili się postawić dobro konsumenta ponad dobrem ubogiego twórcy!

Taka jest prawda. Walka o kasę jest prowadzona i wdrażana przez duże koncerny i Organizacje Zrzeszające Tych i Tamtych, pod hasłem ochrony praw przymierających głodem artystów. Prawami konsumentów, a nawet samych artystów mało kto się zajmuje. Odkryłem Amerykę?

Tu należy oddać rację Hołdysowi w jednej kwestii: przez całą pogadankę o ACTA w „PnŚ” wspominał wyłącznie o produkcji i rozpowszechnianiu „podrobionych” (czyt. nieoryginalnych – pirackich) płyt w ilościach dużych i celach zarobkowych. Absolutnie się zgadzam. Tego typu „przemysłowe” piractwo powinno być według mnie surowo karane.

Hołdys jednak nie poprzestał na tym, bo można by nazwać wtedy jego wypowiedzi merytorycznie spójnymi. Niestety, w pewnym momencie padło stwierdzenie, że ACTA przewiduje ujawnianie – bez nakazu sądu – koncernom danych osobowych osób potencjalnie łamiących prawa autorskie na podstawie ich (koncernów) zgłoszeń. Na co Zbigniew H. stwierdził, że:

„Jeśli jest wytwórnia amfetaminy, to nie trzeba wyroku sądu, żeby ją zamknąć, tylko trzeba ją zamknąć.”

(cytat z pamięci).

No błagam. To może od razu wspomnijmy o krzywdzeniu dzieci i sprawa załatwiona?

Na marginesie, Zbigniew Hołdys w kwestii piractwa również święty nie jest. Jako programista sprzeciwiam się takiemu procederowi!

 

 

Dlaczego ACTA jest nie-do-końca-dobra?

Ludzie o doświadczeniu i wiedzy dużo większej niż moja (a nawet większej, niż wiedza Hołdysa na ten temat) mają swoje zastrzeżenia. Pozwolę sobie zacytować kilka argumentów:

„Powiedzmy, że Twoja mama, żona albo siostra wrzuciła na Youtube filmik pokazujący dziecko tańczące do muzyki z radia. W tym momencie Prince albo wytwórnia muzyczna mogą pozwać za pogwałcenie praw autorskich (w tym przypadku praw do występu) nie tylko osobę, która wrzuciła filmik, ale też (korzystając z systemu odpowiedzialności pośredników) wszystkich po drodze. Oznacza to dostawców Internetu, zarówno lokalnych jak i krajowych, ale też i samo Youtube oraz w zasadzie wszystkich innych, którzy znajdą się akurat na linii strzału.”

Andrzej Tucholski, „Wojna o Internet”
[źródło: jestkultura.pl, oryginał: Nathan Roach

ACTA od początku tworzona była w taki sposób, aby jak najmniej podmiotów miało dostęp do negocjacji. Porozumienie powstawało w tajemnicy przez ponad dwa lata! Szkic porozumienia opublikowano dopiero w kwietniu 2010 r., a finalny tekst w listopadzie 2010 r. Wielu polityków nadal nie wie, czym jest ACTA, a twórcy porozumienia już zaczęli mówić o konieczności podpisania go.”

[źródło: Dziennik Internautów]

Żyje w tym kraju może nie tak długo, jak bohater mojego wpisu, ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że zawsze oberwie słabszy. Czyli zwykły użytkownik, który chciał nagrać swoją wersję przeboju i wrzucić (za darmo!) na YouTUBE. Pasjonat gitary, prowadzący stronę z chwytami. Fryzjer, który ma radio z zakładzie, właściciel (i klient) pubu

A kto nie oberwie? Ten większy, lub jeszcze większy.

Ponownie spytam – kto broni praw konsumentów? Tylko mi nie mówcie, że UOKiK, tam już próbowałem kilka razy…

 

Co możemy z tym zrobić?

Na chwilę obecną prawdopodobnie nic. Bo jest już po wyborach – dlatego nikt nie musi się liczyć z naszym zdaniem aż do następnych wyborów. Owszem, protestujemy, ale czy Rząd cokolwiek sobie z tego robi?

„Prace nad umową ACTA zaszły zbyt daleko, by się z nich wycofać, ale Polska może przyjąć klauzulę z jej własną interpretacją”

Michał Boni (złośliwa ciekawostka: KLIK)
[źródło: TVN24]

Tłumaczenie (moje): „Mamy was w dupie i co nam zrobicie”.

A dlaczego tak jest? Bo protestujemy mniej-więcej w taki sposób:

[źródło: Wykop.pl]

Owszem, przecież nie obalimy Rządu, nie pójdziemy z bagnetami na czołgi i takie tam. Możemy co najwyżej wyrazić swoje niezadowolenie.

Dyktatura jest wtedy, gdy Rząd robi, co chce, a lud nie może wyrazić swojej woli.
Demokracja jest wtedy, kiedy lud wyraża swoją wolę, a Rząd i tak robi, co chce.

Tak więc buntujmy się…

[źródło: Wykop.pl]

Możemy pójść o krok dalej. Możemy spróbować osiągnąć coś „brutalną” siłą, czy finezją, możemy DDoSować i deface’ować strony rządowe – bo jak inaczej dosadnie pokazać swoje niezadowolenie? Jak inaczej zainteresować media sprawą?

Zbigniew, co powiesz na taką formę protestu?

 

Aha. No tak. To ja już kończę…

Posted in Internet, Polityka, Polska.


4 Responses

Stay in touch with the conversation, subscribe to the RSS feed for comments on this post.

  1. elqbenzo says

    Hej, szanuję Twoją opinię, ale mnie sie wydaje, że obawy ludzi, którzy boją się, że ktoś ich oskarży o wrzucenie na yt filmiku, na którym ich dziecko tańczy do muzyki w tle, do której nie mają praw autorskich (np. z radia), to mniej więcej tak, jakby się bać, że jak kogoś niechcący szturchniesz w zatłoczonym autobusie, to ten ktoś poda cię do sądu za złamanie prawa o nietykalności cielesnej (co oczywiście może zrobić, zgodnie z konstytucją!). Prawo jest tylko szablonem, o winie na szczeście decydują w miarę rozsądni ludzie (sędziowie), a nie suche paragrafy. I prawo musi istnieć i chronić prawa autorskie, bo własność intelektualna jest nawet często bardziej wartościowa od własności materialnej – bo rzeczy przemijają szybko, a utwory nie. a ACTA ma powstać po to, by taką własność intelektualną chronić. Zadziwiają mnie opinie, w których dziennikarze wieszczą koniec świata mówiąc, że „jak wejdzie ACTA, to prokurator będzie mógł żądać od operatora zapisu ruchu sieciowego abonenta” (tvn, 2 dni temu), co już od dawna jest w prawie, albo że „jak wejdzie ACTA, to nie wolno już będzie wysłać mailem znajomemu linka do znalezionej w sieci przed chwilą mp3jki” (rmf, dziś rano) – bez komentarza. Pozdrawiam! Qba :)

    • WRonX says

      @elqbenzo:
      Zgodzę się z Tobą w tej kwestii, że tak *powinno* być. Niestety, w Polsce realia są trochę inne i jako obywatel nie mogę popierać ustawy, która daje taką czy inną furtkę, kierując się tylko zdrowym rozsądkiem, bo jest prawie pewne, że ktoś tę furtkę po prostu wykorzysta. A wtedy „rozsądni ludzie” będą mieli związane – ustawą – ręce.
      Co do wypowiedzi, nie śledzę mediów aż tak dokładnie, bo nie mam po prostu czasu. Opieram się na opiniach ludzi poważnych, jak np. Vagla (ktory o ACTA pisał już chyba ze trzy lata temu?), fundacja Panoptikon, czy Robert Gwiazdowski. Ten ostatni dosyć przystępnie przytoczył niektóre zapisy w ACTA, które takie furtki otwierają na oścież. A przecież wiemy, że koncernom płytowym nie zależy na tym, żeby ewentualny podejrzany był sądzony przez wspomnianych rozsądnych ludzi, tylko na kasie…
      No ale to nie do końca miał być wpis o ACTA, raczej o sprawach hołdysopodobnych :)

  2. sagi says

    Jakoś nie chce mi się wierzyć w rozsądek sądów USA i jako obywatel Polski uważam, że mam prawo ufać polskiemu sędziemu, nie amerykańskiej ławie przysięgłych. Już dziś student z UK który nie złamał prawa UK, zostanie wydany USA na podstawie nakazu tamtejszego sądu. Sędzia UK stwierdził, że nie ma podstaw by nie wydać chłopaka (nawet jeśli w świetle prawa UK nie popełnił żadnego przestępstwa).



Some HTML is OK

or, reply to this post via trackback.